Obudziłam się, gdy zaczęło wschodzić słońce. Nie do końca się wyspałam i byłam pewna, że Maylin będzie wściekła, że już wstałam i mam worki pod oczami. Ale... po prostu nie mogłam spać. Wyszłam na zewnątrz by obejrzeć wschodzące słońce i odetchnąć świeżym powietrzem. Nie było tam nikogo, nawet strzyg, których spodziewałam się tu spotkać, bo przecież oni nie śpią.
Niebo było koloru tęczy w czasie wschodu słońca, które na początku wydawało mi się takie, jak zwykle, ale już po chwili zauważyłam jakiś mieniący się kształt. Musiałam odwrócić wzrok, bo światło bardzo mnie raziło w oczy. Niedługo po tym usłyszałam, jak coś na ziemi lądowało. To było właśnie to, przez co bolały mnie oczy. Na początku wydawało mi się, że jest to jakaś gwiazda, która spadła z nieba, jednak okazało się, że to po prostu błyszczący samochód. Cały czas jednak byłam odwrócona z powodu z światła.
- Przeszkadza ci ? - zapytał kierowca - zaraz to zmienię.
Nie wiedziałam co zrobił, ale nagle miałam przed sobą czerwone Ferrari.
- Kim... ? Kim ty jesteś ? - zapytałam oniemiała.
- Ach, śmiertelnicy... - westchnął mężczyzna - jestem bogiem sztuki, słońca i przepowiedni.
Próbowałam sobie przypomnieć, o czym rozmawiałam z nauczycielką, gdy miałam lekcję o mitologii greckiej. Ten bóg to chyba...
- Jesteś Apollo, prawda ? - zapytałam, choć byłam pewna, że odpowiedź będzie twierdząca.
- Tak, jestem Apollo.
- Czy... czy jesteś moim ojcem ? - zapytałam. Wiedziałam, że to pytanie musiało zabrzmieć co najmniej dziwnie, ale tylko ono wydawało mi się odpowiednie. Musiałam przecież się w końcu dowiedzieć.
- Ja z moimi dziećmi czuję więź... której z tobą nie mam. Nie jesteś, więc moją córką.
- Okey czyli jeszcze tylko 13 bogów, tak ?
- Serio ? Myślisz, że jest nas tylko 14 ? Jeśli tak, to się mylisz. Jest nas o wiele więcej, po prostu częściej mówi się o naszej czternastce. Właściwie... mogę ci powiedzieć, kto nie jest twoim rodzicem.
- Na prawdę ? Będę wdzięczna.
- Na pewno szukaj rodzica między główną czternastką. Już wiesz, że ja nie jestem twoim ojcem. Powinnaś też wykluczyć Herę, która jest boginią rodziny. Nie może mieć dzieci z kimś innym niż mój ojciec, ponieważ jest boginią dobrego małżeństwa. Moja bliźniaczka, Artemida, ślubowała wieczne dziewictwo więc i ona nie jest twoją matką. Musisz jeszcze sprawdzić, czy masz moce innych 11 bogów.
- A możesz chociaż nazwać, moich potencjalnych rodziców ?
Apollo rozejrzał się, jakby bał się, że zaraz może się coś stać.
- Lubię cię, dlatego też powiem tobie. Zeus, Posejdon i Hades, czyli Wielka Trójka. Atena, Afrodyta, Demeter, Hestia, Ares, Hefajstos, Dionizos i Hermes.
- No to... dziękuję ci. Już mi ktoś powiedział, że mój boski rodzic jest mężczyzną, a ty mi powiedziałeś, między którymi bogami mam szukać swego ojca. Jestem naprawdę tobie wdzięczna.
- Ależ nie ma za co.
Po chwili usłyszeliśmy, jak ktoś ziewa i rusza w moim namiocie, więc domyśliłam się, że Abbie się obudziła i, że zauważyła moją nieobecność. Byłam pewna, że się zdziwi, jak zobaczy z kim rozmawiam.
- Janice ? Wyszłaś ? - usłyszałam jej głos lekko zniekształcony przez materiał.
- Tak wyszłam. Chodź tu ! - zawołałam, bo nie mogłam doczekać się jej reakcji.
- Okey.
Zaczęła rozpinać zamek, który pewnie zapięłam wychodząc. Zauważyłam, że ktoś obok mnie stoi i chyba domyśliła się, że jest bogiem, bo nagle opadła na jedno kolano.
- Apollo.
- Witaj Abbie. Weź się nie wygłupiaj i wstawaj !
- Dobrze... Co cię do nas sprowadziło ?
- Twoja kuzynka oczywiście. A może twoja siostra.
- Nie wydaje mi się.
- Abbie ostatnio miałaś mi powiedzieć, kto jest twoim boskim rodzicem, ale nam przerwano. Czy możesz mi teraz powiedzieć ?
- Moją matką jest Atena.
- Bogini mądrości ? Mogłam się tego spodziewać, przecież od zawsze wiedziałaś więcej niż reszta.
- Młoda. Nie przeginaj.
- I masz słabe poczucie humoru.
- Dziewczęta - zaczął Apollo - macie dużo czasu by ze sobą pogadać, a ja mam niewiele, bo zaraz słońce będzie za wysoko. Nienawidzę brać zastępstwa za Heliosa. Akurat teraz musiał wdać się w bójkę z Aresem. Proszę. - dał mi do ręki bransoletkę. - Czuję, że masz w sobie ukryty talent. Miej ją zawsze na sobie, a twoje zdolności nigdy cię nie zawiodą.
- Dziękuję Apollo. Bardzo miło było mi cię poznać.
- Mnie również. Pamiętaj, że zawsze gdy znajdziesz się w pobliżu sceny będziesz bezpieczna.
- A od czego zależy moje bezpieczeństwo ?
- Od tego, czy bóg cię lubi, czy też nie.
- Czyli... jeśli weszłabym do morza, a Posejdon by mnie nie lubił, mógłby mnie zabić ?
- Tak to właśnie wygląda.
- Dziękuję za uprzedzenie.
- Żegnaj Janice. - już zaczął wchodzić do Ferrari, gdy nagle się cofnął. - Abbie. Przeczytaj jej tę przepowiednię - wręczył jej skrawek papieru. - będziesz wiedziała kiedy.
I odjechał, jeśli oczywiście można to tak nazwać. Wyglądało to tak, jakby płynął samochodem w powietrzu.
Spojrzałam na Abbie. Była w trakcie czytania kartki, którą otrzymała od Apolla. Jej wyraz twarzy świadczył o tym, że to co czyta, nie brzmi przyjemnie. Patrzyła to na mnie, to na kartkę, jakby nie wierzyła, że to co czyta, naprawdę dotyczyło mnie.
- Co jest tam napisane ? - zapytałam, choć wiedziałam, że jej odpowiedź nie da mi satysfakcji.
- Nie mogę ci tego przeczytać. - pokręciła głową - Jest tu napisane co się stało i co się stanie, ale w formie zagadki.
- Lubię zagadki.
- Tej zagadki nie chcesz poznać. Zresztą jest tu napisane, że masz ją poznać najwcześniej na 14 urodziny.
- Mam czekać 360 dni ?
- Jak widać. Mam jednak nadzieję, że część tego się nie spełni.
niedziela, 27 lipca 2014
niedziela, 20 lipca 2014
Rozdział VI. Planowanie
- A tylko się waż ! - krzyknęłam co zdziwiło wszystkich tam obecnych, nawet mnie.
- Dziewczyno ! Stoisz po stronie strzyg ?! Chyba ci doszczętnie odbiło !
- Uspokój się, Nico - powiedziała spokojnym głosem Rose. - Zauważ, że do tej pory nic jej nie zrobili, a skoro tak, to mają ku temu jakiś powód.
- Oj, siostrzyczko. Skończysz w końcu gadać takie nudne bzdety ? Już mi się nie dobrze robi - odezwała się Meybell. Czyli co, że niby ma jeszcze jedną siostrę nie tylko Shaunee ?
- Zgadzam się z naszą siostrą. Zachowujesz się jakbyś próbowała komuś udowodnić, że jesteś ważna. A nie jesteś. - odparła Shaunee znudzonym tonem. Jej słowa potwierdziły mnie w przekonaniu, że ona,Meybell i Rose są siostrami.
- Jak to możliwe, że jesteście siostrami ? Przecież wy jesteście strzygami, a Rose... - gdy już prawie skończyłam moje ostatnie zdanie, jak zwykle ktoś mi musiał przerwać.
- Janice, tak ? - zapytała Rose. Przytaknęłam - Musisz wiedzieć, że moje siostry nie zawsze były strzygami.
- Na szczęście to się bardzo szybko zmieniło - odparły jednocześnie Shaunee i Meybell.
- Taa... A rodzice byli tak szczęśliwi, że aż chcieli bym was tropiła i zabiła. A szczególnie wtedy gdy... - spojrzała na Erica.
- On się zgodził - krzyknęła w odpowiedzi Meybell.
- Zmieniłyście w strzygę naszego jedynego brata ! Jak rodziców nie będzie, to kto z naszej rodziny będzie w rządzie ? Przecież dobrze wiecie, że ja nie mogę !
- Och, taki los. To nie nasza wina, że w każdej wampirzej rodzinie musi być co najmniej jeden manpir. - powiedziała z udawanym smutkiem Shaunee.
- Przepraszam, że się wam wtrącam - zaczęła Abbie - ale chciałabym zauważyć, że i manpiry i strzygi muszą pomóc Janice w wędrówce.
- Hmm - tym razem to Dymitr chciał coś powiedzieć - Nie możemy wam pomóc, ot tak sobie. Musimy mieć ważny powód przed urzędem, byśmy mogli całą ekipą wam pomóc. Musielibyście na przykład wziąć ze sobą jakiegoś, bardzo ważnego wampira, bo my nie chcemy mieć później kłopotów.
- Ach tak ? Syn prezydenta wystarczy ? - zapytał Jacek. Zastanawiałam się wtedy, skąd może on kogoś takiego znać. Ja mogłabym, bo jestem teraz 2 najważniejszą osobą w Horspolis, ale Jacek ?
- Myślę, że syn prezydenta w pełni wystarczy. A co masz z kimś takim kontakt ?
- Nie. Ale go znam,a tu już wystarczy by wiedzieć gdzie i kiedy jest.
- Kim jest ta osoba ?
- To jest osoba, której za żadne skarby nie chciałbym znać. Mój brat.
- Myślisz, że twój brat się zgodzi, po tym co zrobiłeś jemu i całej swojej rodzinie ? - zapytała Elizabeth - Przecież nie jest głupi. Zresztą...
Przerwała w połowie zdania. Robiło się interesująco, ale i tak musiała przerwać.
- Zresztą co ? - zapytał trochę, jakby od niechcenia Jacek.
- Zresztą twój brat znalazł sobie partnerkę i nie wydaje mi się, żeby jakoś specjalnie chciał ją opuszczać.
- Nie obchodzi mnie jego życie prywatne. A tak poza tym wiem co go przekona.
- Co takiego ? Chcesz go posadzić na krześle i go zmusić ? - szybko wtrąciła się z pytaniem Mary - Mało kreatywne, nawet, jak na strzygę.
- Ludzie ogarnijcie się - wszyscy spojrzeli na mnie spode łba - ludzie w domyśle oczywiście - bardzo dziwnie się rozmawia z istotami, które nie są ludźmi - Chciałabym zauważyć, że wasza rozmowa coraz bardziej ucieka od głównego tematu. Może zacznijcie w końcu myśleć o tym co macie dokładnie zrobić, a nie gadać na tematy, które są błahostkami. - Chyba każdy mnie posłuchał, bo wszyscy jakby ucichli.
- Wow... jak na herosa jesteś dość - nie mógł się wysłowić Mojmir.
- Rozgarnięta ? - skończyła pytając Maylin.
- Tak właśnie. Dzięki - spojrzał na nią czule. Coraz bardziej rozśmieszało mnie to ile rzeczy się dowiaduję w czasie niewielu rozmów.
Po tych słowach Maylin i Mojmira zapadła długa, głucha cisza. Wszyscy, włącznie ze mną, zaczęli zastanawiać się co chcieliby powiedzieć, na temat tego, co musimy zrobić, bym poznała swojego boskiego rodzica. Po minucie Jacek zaczął mówić.
- No więc... mój brat na pewno będzie jutro wieczorem na dyskotece ze swoją lalą. Rose ? Czy inne manpiry wyczuwają strzygi jeśli są w okolicy ?
- Nie - odpowiedziała zapytana.
- Tak też myślałem. Większość z was wie, jak wygląda Damien. My nie możemy tam wejść, bo banda manpirów zaraz by się na nas rzuciła. No więc tylko wy będziecie chronić Janice. My schowamy w okolicznym parku i tam sobie poczekamy. Wy w tym czasie spotkacie się z nim, najpierw go jakoś zagadacie, a potem - spojrzał na mnie - Janice będzie musiała mu powiedzieć coś o mnie, że jeśli jej nie pomoże - ja wyrzucę ją w lesie, na pastwę losu i już nigdy nie pozna swojego boskiego rodzica. Mój braciszek zawsze pomaga,chyba jeszcze nigdy nie porzucił kogoś w potrzebie.Jestem pewny, że się zgodzi.
- Na prawdę byś mnie porzucił ? - zapytałam. W mojej głowie słyszałam już wiele pytań jakie mogłabym mu zadać, ale na to, odpowiedź była dla mnie najbardziej znacząca.
- Janice, żarty sobie stroisz ? - zapytał Jacek, jakby oburzony moim pytaniem No cóż, może według niego odpowiedź była oczywista. - Cokolwiek miałoby się wydarzyć, ja ciebie nie zostawię. Nigdy.
- Jasne. Chciałam się tylko upewnić - skłamałam. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że uwierzyłam w to porzucenie mnie.
- No dobra. - powiedziała Abbie - to kiedy zaczynamy ?
Nie mogłam uwierzyć, że moja kuzynka tak bardzo się cieszy na to spotkanie. Przecież to będzie okłamywanie kogoś w żywe oczy !
- Jutro o 20.00 musicie być na dyskotece w Pigitry. - powiedział Jacek.
- Najlepiej więc będzie - zaczęła Rose - jeśli zaczniecie się szykować o 17.30 w samochodzie. Strzygi pewnie zrobią to szybko,ale jestem pewna, że ty Janice lubisz się ubierać. My was zawieziemy, ale dobrze by było gdyby większość strzyg czekałaby na nas już na miejscu. Na skrzyżowaniu ulicy 7 i 25 o 19.30.
Trochę mnie dziwiło, że Rose ma taki obojętny głos. Ukrywała swoje emocje, a to oznaczało, że ukrywa przed nami wiele tajemnic.
-No to... - zaczęła Maylin - Pozostała kwestia ubrań. Pokażcie mi, co tam macie !
W końcu. Bardzo się ucieszyłam, że w końcu podjęliśmy ten temat, bo to planowanie zaczęło już mnie nudzić.
- Ja mam całą torbę - powiedziałam cała w skowronkach.
- Nie brałam żadnych eleganckich ubrań. - powiedziała Abbie.
- No dobra... Pokaż mi Janice, co tam masz - powiedziała Maylin.
Przeszłyśmy do namiotu. Uwielbiałam mieć przy sobie dużo ubrań. Moja kuzynka dobrze o tym wiedziała, dlatego też nie zdziwiła się, jak wiele ich mam. Maylin jednak była podniecona i mile zaskoczona. Zaczęła przeglądać moje rzeczy.
- Hmm... to zbyt jasne, to zbyt jaskrawe - ciągle tak mamrotała nad moją torbą.Pomyślałam sobie "gdyby widziała moją garderobę..." - To ! To jest idealne!
Mając na myśli "to" mówiła o mojej ulubionej sukience. Oczywiście ma barwę morza, co według wielu z moich dawnych przyjaciółek, podkreśla barwę moich oczu. Jest obcisła, z małym dekoltem, bez ramiączek.
- Super ! Cieszę się, że i tobie ta sukienka się podoba - powiedziała Maylin kiedy zobaczyła na mojej twarzy zachwyt. Ona też wie co dobre. - Abbie pożyczę ci coś ze swoich rzeczy, bo po twojej torbie od razu widać, że nie masz tam zbyt wielu ubrań.
- No dobra, ale musimy przecież mieć przy sobie coś żółtego, a sukienka Janice przecież taka nie jest.
No tak, o tym nie pomyślałam. Zapomniałam wspomnieć, że państwo, w którym mieszkam, ma pięć miast i wiele dziwnych zasad. Ja pochodzę z Horspolis, jednak są też takie miasta,jak Pigitry, Wolfiago,Birdin i Tortoisów. W Horspolis obowiązuje posiadanie na sobie czegoś niebieskiego. Pigitry natomiast wybrało sobie kolor żółty za priorytet.
- To nie jest problem. Można przecież założyć żółte buty, albo spinkę do włosów. - powiedziała Maylin.
- A masz taką Maylin ? - zapytała moja kuzynka.
- Ja mam - odparłam - Przygotowałam sobie rzeczy w każdym kolorze, bo nie byłam pewna, gdzie mnie zabierzesz.
- To dobrze, że się przygotowałaś - powiedziała Maylin - Dobra, macie czas by się przespać, bo, jak się obudzicie to ja chcę się wziąć za szykowanie was. Miłej nocy.
Zniknęła. Ah, tyle rzeczy się zmieniło w ciągu zaledwie 3 dni. Obawiałam się jednak, że w najbliższym czasie jeszcze więcej nowych doznań, mnie czekało.
- Dziewczyno ! Stoisz po stronie strzyg ?! Chyba ci doszczętnie odbiło !
- Uspokój się, Nico - powiedziała spokojnym głosem Rose. - Zauważ, że do tej pory nic jej nie zrobili, a skoro tak, to mają ku temu jakiś powód.
- Oj, siostrzyczko. Skończysz w końcu gadać takie nudne bzdety ? Już mi się nie dobrze robi - odezwała się Meybell. Czyli co, że niby ma jeszcze jedną siostrę nie tylko Shaunee ?
- Zgadzam się z naszą siostrą. Zachowujesz się jakbyś próbowała komuś udowodnić, że jesteś ważna. A nie jesteś. - odparła Shaunee znudzonym tonem. Jej słowa potwierdziły mnie w przekonaniu, że ona,Meybell i Rose są siostrami.
- Jak to możliwe, że jesteście siostrami ? Przecież wy jesteście strzygami, a Rose... - gdy już prawie skończyłam moje ostatnie zdanie, jak zwykle ktoś mi musiał przerwać.
- Janice, tak ? - zapytała Rose. Przytaknęłam - Musisz wiedzieć, że moje siostry nie zawsze były strzygami.
- Na szczęście to się bardzo szybko zmieniło - odparły jednocześnie Shaunee i Meybell.
- Taa... A rodzice byli tak szczęśliwi, że aż chcieli bym was tropiła i zabiła. A szczególnie wtedy gdy... - spojrzała na Erica.
- On się zgodził - krzyknęła w odpowiedzi Meybell.
- Zmieniłyście w strzygę naszego jedynego brata ! Jak rodziców nie będzie, to kto z naszej rodziny będzie w rządzie ? Przecież dobrze wiecie, że ja nie mogę !
- Och, taki los. To nie nasza wina, że w każdej wampirzej rodzinie musi być co najmniej jeden manpir. - powiedziała z udawanym smutkiem Shaunee.
- Przepraszam, że się wam wtrącam - zaczęła Abbie - ale chciałabym zauważyć, że i manpiry i strzygi muszą pomóc Janice w wędrówce.
- Hmm - tym razem to Dymitr chciał coś powiedzieć - Nie możemy wam pomóc, ot tak sobie. Musimy mieć ważny powód przed urzędem, byśmy mogli całą ekipą wam pomóc. Musielibyście na przykład wziąć ze sobą jakiegoś, bardzo ważnego wampira, bo my nie chcemy mieć później kłopotów.
- Ach tak ? Syn prezydenta wystarczy ? - zapytał Jacek. Zastanawiałam się wtedy, skąd może on kogoś takiego znać. Ja mogłabym, bo jestem teraz 2 najważniejszą osobą w Horspolis, ale Jacek ?
- Myślę, że syn prezydenta w pełni wystarczy. A co masz z kimś takim kontakt ?
- Nie. Ale go znam,a tu już wystarczy by wiedzieć gdzie i kiedy jest.
- Kim jest ta osoba ?
- To jest osoba, której za żadne skarby nie chciałbym znać. Mój brat.
- Myślisz, że twój brat się zgodzi, po tym co zrobiłeś jemu i całej swojej rodzinie ? - zapytała Elizabeth - Przecież nie jest głupi. Zresztą...
Przerwała w połowie zdania. Robiło się interesująco, ale i tak musiała przerwać.
- Zresztą co ? - zapytał trochę, jakby od niechcenia Jacek.
- Zresztą twój brat znalazł sobie partnerkę i nie wydaje mi się, żeby jakoś specjalnie chciał ją opuszczać.
- Nie obchodzi mnie jego życie prywatne. A tak poza tym wiem co go przekona.
- Co takiego ? Chcesz go posadzić na krześle i go zmusić ? - szybko wtrąciła się z pytaniem Mary - Mało kreatywne, nawet, jak na strzygę.
- Ludzie ogarnijcie się - wszyscy spojrzeli na mnie spode łba - ludzie w domyśle oczywiście - bardzo dziwnie się rozmawia z istotami, które nie są ludźmi - Chciałabym zauważyć, że wasza rozmowa coraz bardziej ucieka od głównego tematu. Może zacznijcie w końcu myśleć o tym co macie dokładnie zrobić, a nie gadać na tematy, które są błahostkami. - Chyba każdy mnie posłuchał, bo wszyscy jakby ucichli.
- Wow... jak na herosa jesteś dość - nie mógł się wysłowić Mojmir.
- Rozgarnięta ? - skończyła pytając Maylin.
- Tak właśnie. Dzięki - spojrzał na nią czule. Coraz bardziej rozśmieszało mnie to ile rzeczy się dowiaduję w czasie niewielu rozmów.
Po tych słowach Maylin i Mojmira zapadła długa, głucha cisza. Wszyscy, włącznie ze mną, zaczęli zastanawiać się co chcieliby powiedzieć, na temat tego, co musimy zrobić, bym poznała swojego boskiego rodzica. Po minucie Jacek zaczął mówić.
- No więc... mój brat na pewno będzie jutro wieczorem na dyskotece ze swoją lalą. Rose ? Czy inne manpiry wyczuwają strzygi jeśli są w okolicy ?
- Nie - odpowiedziała zapytana.
- Tak też myślałem. Większość z was wie, jak wygląda Damien. My nie możemy tam wejść, bo banda manpirów zaraz by się na nas rzuciła. No więc tylko wy będziecie chronić Janice. My schowamy w okolicznym parku i tam sobie poczekamy. Wy w tym czasie spotkacie się z nim, najpierw go jakoś zagadacie, a potem - spojrzał na mnie - Janice będzie musiała mu powiedzieć coś o mnie, że jeśli jej nie pomoże - ja wyrzucę ją w lesie, na pastwę losu i już nigdy nie pozna swojego boskiego rodzica. Mój braciszek zawsze pomaga,chyba jeszcze nigdy nie porzucił kogoś w potrzebie.Jestem pewny, że się zgodzi.
- Na prawdę byś mnie porzucił ? - zapytałam. W mojej głowie słyszałam już wiele pytań jakie mogłabym mu zadać, ale na to, odpowiedź była dla mnie najbardziej znacząca.
- Janice, żarty sobie stroisz ? - zapytał Jacek, jakby oburzony moim pytaniem No cóż, może według niego odpowiedź była oczywista. - Cokolwiek miałoby się wydarzyć, ja ciebie nie zostawię. Nigdy.
- Jasne. Chciałam się tylko upewnić - skłamałam. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że uwierzyłam w to porzucenie mnie.
- No dobra. - powiedziała Abbie - to kiedy zaczynamy ?
Nie mogłam uwierzyć, że moja kuzynka tak bardzo się cieszy na to spotkanie. Przecież to będzie okłamywanie kogoś w żywe oczy !
- Jutro o 20.00 musicie być na dyskotece w Pigitry. - powiedział Jacek.
- Najlepiej więc będzie - zaczęła Rose - jeśli zaczniecie się szykować o 17.30 w samochodzie. Strzygi pewnie zrobią to szybko,ale jestem pewna, że ty Janice lubisz się ubierać. My was zawieziemy, ale dobrze by było gdyby większość strzyg czekałaby na nas już na miejscu. Na skrzyżowaniu ulicy 7 i 25 o 19.30.
Trochę mnie dziwiło, że Rose ma taki obojętny głos. Ukrywała swoje emocje, a to oznaczało, że ukrywa przed nami wiele tajemnic.
-No to... - zaczęła Maylin - Pozostała kwestia ubrań. Pokażcie mi, co tam macie !
W końcu. Bardzo się ucieszyłam, że w końcu podjęliśmy ten temat, bo to planowanie zaczęło już mnie nudzić.
- Ja mam całą torbę - powiedziałam cała w skowronkach.
- Nie brałam żadnych eleganckich ubrań. - powiedziała Abbie.
- No dobra... Pokaż mi Janice, co tam masz - powiedziała Maylin.
Przeszłyśmy do namiotu. Uwielbiałam mieć przy sobie dużo ubrań. Moja kuzynka dobrze o tym wiedziała, dlatego też nie zdziwiła się, jak wiele ich mam. Maylin jednak była podniecona i mile zaskoczona. Zaczęła przeglądać moje rzeczy.
- Hmm... to zbyt jasne, to zbyt jaskrawe - ciągle tak mamrotała nad moją torbą.Pomyślałam sobie "gdyby widziała moją garderobę..." - To ! To jest idealne!
Mając na myśli "to" mówiła o mojej ulubionej sukience. Oczywiście ma barwę morza, co według wielu z moich dawnych przyjaciółek, podkreśla barwę moich oczu. Jest obcisła, z małym dekoltem, bez ramiączek.
- Super ! Cieszę się, że i tobie ta sukienka się podoba - powiedziała Maylin kiedy zobaczyła na mojej twarzy zachwyt. Ona też wie co dobre. - Abbie pożyczę ci coś ze swoich rzeczy, bo po twojej torbie od razu widać, że nie masz tam zbyt wielu ubrań.
- No dobra, ale musimy przecież mieć przy sobie coś żółtego, a sukienka Janice przecież taka nie jest.
No tak, o tym nie pomyślałam. Zapomniałam wspomnieć, że państwo, w którym mieszkam, ma pięć miast i wiele dziwnych zasad. Ja pochodzę z Horspolis, jednak są też takie miasta,jak Pigitry, Wolfiago,Birdin i Tortoisów. W Horspolis obowiązuje posiadanie na sobie czegoś niebieskiego. Pigitry natomiast wybrało sobie kolor żółty za priorytet.
- To nie jest problem. Można przecież założyć żółte buty, albo spinkę do włosów. - powiedziała Maylin.
- A masz taką Maylin ? - zapytała moja kuzynka.
- Ja mam - odparłam - Przygotowałam sobie rzeczy w każdym kolorze, bo nie byłam pewna, gdzie mnie zabierzesz.
- To dobrze, że się przygotowałaś - powiedziała Maylin - Dobra, macie czas by się przespać, bo, jak się obudzicie to ja chcę się wziąć za szykowanie was. Miłej nocy.
Zniknęła. Ah, tyle rzeczy się zmieniło w ciągu zaledwie 3 dni. Obawiałam się jednak, że w najbliższym czasie jeszcze więcej nowych doznań, mnie czekało.
czwartek, 17 lipca 2014
Rozdział V. Nie lubię poważnych rozmów.
- Janice, chodź. - patrzyłam właśnie w krwisto- czerwone oczy Jacka.
- Yhm... gdzie ? - zapytałam, lekko zdziwiona.
- To jest niespodzianka. Nie ufasz mi ? - spojrzał na mnie i pięknie się do mnie uśmiechnął. Jego zęby jakby świeciły bielą !
- Sama już nie jestem pewna... tyle tego się zrobiło... nie wiem komu powinnam ufać.
- Zaufaj damorowi.
- Damor dotyczy ciebie, nie mnie.
- Ale przez niego nasze życia są powiązane.
- Co masz na myśli ?
- Chyba nie powiedziałem ci wszystkiego o damorze...
- No to słucham, powiedz teraz - powiedziałam lekko zirytowana. Cały czas te wszystkie niedomówienia...
- Muszę cię chronić.
- To już wiem.
- Ale czekaj, daj mi powiedzieć dokładnie o co chodzi. Muszę cię chronić, a dopóki jestem przy tobie nikt, naprawdę nikt, nie może mi zrobić krzywdy. Dlatego też, to ty jesteś w wielkim niebezpieczeństwie.
- Czekaj... Jeśli dobrze zrozumiałam, to na ogół ktoś może cię zabić, tylko jest to trudne, jednak gdy jesteś przy mnie, to nikt ci nie może zrobić krzywdy, bo tobie nic się nie stanie ? Nawet jeśli normalnie od tego byś umarł ?
- Tak dokładnie.
- No super, jeszcze więcej komplikacji - prychnęłam gniewnie.
- Dlatego też, dopóki będziesz żyła, i będziesz przy mnie... śmierć mnie z czyjejś ręki nie dotknie.
- Czyli to znaczy, że... - Jacek przytaknął.
- Tak. Jeśli ktoś cię zaatakuje w mojej obecności, a ja nie zdążę odpowiednio szybko na to zareagować, to ty zginiesz, a ja...
- Czyli w skrócie muszę być ciągle przy tobie.
- Można by tak powiedzieć. Jeśli ja nie mógłbym być przy tobie, to załatwiłbym ci porządną opiekę.
- No mam nadzieję. Przecież nie mogę umrzeć ! Mam tyle do zrobienia...
- Nic ci się nigdy nie stanie ! - wrzasnął, jak dla mnie zbyt agresywnie. - Ja... - nagle w jego głosie usłyszałam skruchę - przepraszam.
- Jacek. Ja wiem, że nie jesteś w stanie ciągle ukrywać swojej natury. Czasami każdy musi pokrzyczeć, bo w ten sposób czuje się lepiej, pomaga sobie.
- Janice, ja nie wiem, czy... moja natura nie wymknie się przez przypadek spod kontroli w twojej obecności. A co jeśli...
- Podejdź do mnie.
Zrobił to o co go poprosiłam, a ja, po prostu, przytuliłam się do niego. On odwzajemnił mój uścisk i zrobiło mi się przyjemnie ciepło. Czułam się bardzo dobrze w jego objęciach. Nie trwało to długo, ponieważ nagle stał może metr ode mnie, jakby bał się przytulać.
- Prze... przepraszam ja...
- Spokojnie. Ja... rozumiem
Jacek patrzył na mnie swoimi krwisto czerwonymi oczami. Gdyby nie to, że wyglądały, jak oczy drapieżnika, to pomyślałabym, że za pomocą wzroku próbuje mi przekazać, że bardzo źle z nim.
- Jacek, odpręż się - zaczęłam - a może potrzebujesz czegoś? Wody, kawy, mięsa ?
- Potrzebuję krwi - walnął prosto z mostu.
-Ooo... - powiedziałam łącząc kilka różnych faktów. To co później powiedziałam, było o wiele dziwniejsze- czekaj... to może ja...
- Nie ! Nawet mi nie proponuj !
- Dlaczego ? Przecież potrzebujesz krwi. A ja, mogę ci jej dać.
- Nie zrobię ci tego !
- Czego mi nie zrobisz ?! Kompletnie nic nie rozumiem...
- Jeśli napiję się twojej krwi... to oboje się uzależnimy. A poza tym... przecież mogę cię zabić !
- No i co z tego ! Najwyżej umrę wcześniej ! Przecież dobrze wiesz, że prędzej czy później, i tak umrę !
- Janice zrozum, że ja nie chcę ci tego zrobić. Jesteś dla mnie zbyt ważna.
- To może pójdź do jakiegoś banku krwi ? Tam mają tego pełno.
- A obiecujesz, że nie zrobisz sobie krzywdy ? Nie, nie możesz obiecać, bo ja cię nie zostawię samej, gdy w naszym obozie jest manpir - Jacek zaczął wąchać powietrze, jakby tropił - a zaraz będzie ich więcej.
- Jesteś w stanie wytropić kogoś, mimo że jeszcze go nie widać i nie słychać ?
- Ty ich nie słyszysz. Ja tak.
- Tak to wszystko wyjaśnia.
- Chodź musimy ostrzec tego Christiana - na jego twarzy rozpoznałam obrzydzenie, gdy wypowiadał imię chłopaka mojej kuzynki - Powinien wiedzieć, że ci jego manpirzy znajomi tu jadą.
- Jadą ? A nie idą czy biegną ?
- Janice, wiesz, że istnieje coś takiego, jak samochód, prawda ?
- No tak, ale... myślałam, że wy... no raczej wolicie biegać ...
- Nie obrażaj nas. My a oni to wielka różnica.
- Jak dla mnie wszyscy są tacy sami.
- Tak nie powinno być, Janice. Każda rasa, istota jest inna.
- Jacek. Daj mi wreszcie myśleć po swojemu. Wszyscy nasuwają mi swój tok myślenia i nie dają mi wyrazić własnego zdania. A ja je mam.
- Jak sobie chcesz. Zaraz będziemy mieć gości.
- Świetnie.
- Super.
- To może pójdź po Christiana by mógł porozmawiać z innymi manpirami ? Czy może nadal będziesz się ze mną kłócił ?
Po jego wyrazie twarzy zrozumiałam, że skrzywdziły go moje słowa. Ale co miałam powiedzieć ? Że lubię jak ktoś mi narzuca swoją wolę ? Że on to robi, gdy wie, że nie powinien ? Nie. Wolałam mu teraz powiedzieć niż później żałować, że tego nie zrobiłam.
- Christian ! - wrzasnął Jacek. Chwilę później odpowiedział zawołany.
- Co ty chcesz ?!
- Trochę grzeczniej barani móżdżku. Twoja świta tu jedzie i zaraz tu będą.
- Aha. Już idę, pijawko.
Denerwowały mnie te wyzwiska. Czy faceci choć raz, nie mogą zachowywać się bardziej dojrzale ? Na pewno nic by im się nie stało, ale w końcu to mężczyźni. Nigdy ich nie zrozumiem.
- Janice, idź do Abbie ! U niej będziesz bezpieczna ! - krzyczał Christian.
- U mnie też będzie bezpieczna, matole ! - warknął Jacek.
- Prze...
- Przestańcie krzyczeć ! Już mnie głowa boli ! Zachowujecie się jak dzieci ! - Krzyknęłam, raz a porządnie. Nienawidzę, gdy ktoś krzyczy i mi rozkazuje. Okazuje mi, księżniczce, w ten sposób brak szacunku.
Christian i Jacek przestali krzyczeć. Na twarzy manpira zagościł wstyd, na strzygi zaskoczenie. Nie odzywali się, ale patrzyli na mnie, jakbym nagle stała się kimś innym. Jednak już po chwili, przestali mi się przypatrywać, gdyż z oddali było słychać zbliżający się samochód. W lesie, gdy jest cicho, można usłyszeć najmniejszy szmer.
- Czyli co ? Stoimy w pozycji obronnej, czy może czekamy jak baranki na drapieżnika ? - zapytała Meybell. Jest ona zaskakująco podobna do Shaunee. Tak samo jest irytująca.
- Meybell, wyjątkowo to nie czas na żarty. - Powiedziała, dość spokojnie, jak na nią Shaunee.
- Posłuchaj się siostry, Meybell - powiedział Jacek - bo następnym razem, za takie odzywki, nie ręczę za siebie.
Nagle wszystko się stało jasne. To dlatego są takie podobne ! Jaka ja byłam głupia ! Żeby nie zauważyć tego, musiałam być naprawdę nieogarnięta. Może za chwilę dowiem się jeszcze ciekawszych rzeczy ? Mam nadzieję, że nie.
- Jeśli ustawicie się w pozycji obronnej, oni to wezmą za zaproszenie do walki - powiedziała moja kuzynka, która znikąd się tam pojawiła. - ustawcie się tak jak wtedy, gdy czekaliście na Janice i mnie.
Zapomniałam już, że jestem w tym obozie zaledwie kilka dni. Czas jakoś, wolno płynął.
Nie miałam wiele czasu na zastanawianie się. Po chwili słychać było warkot silnika. Zdążyłam mrugnąć, a tuż przede mną stał jakiś samochód. Niestety ja, nieznająca się na markach samochodów, nie rozpoznałam jego nazwy czy jakiejś firmy co go stworzyła. Wiedziałam jedynie, że nadaje się do jazdy w lesie.
- Wow. Mary,Elizabeth, nie żartowałyście, mówiąc, że to coś poważnego - powiedziała szatynka, która wyglądała na ich szefową - Christian co się dzieje ?
- A co się może dziać, Rose ? Jak pewnie zauważyłaś nie wygląda to zbyt dobrze - odpowiedział zapytany. Nie rozumiałam, dlaczego według niego coś tu źle wygląda. Jak dla mnie, było tam normalnie.
- To ty ty jesteś szefową manpirów ? - zapytał Jacek - myślałem... no, że będziesz trochę... wyższa ?
- Nie oceniaj strzygo - odezwał się manpir stojący za Rose - ona chyba musiała coś zrobić by mieć tę posadę. Jak myślisz, czym się zasłużyła ?
- Nie przesadzaj Dymitr - powiedziała do niego Rose. - Miałam dobrego nauczyciela. I tyle.
Spoglądali na siebie w milczeniu. Patrząc na nich, wiedziałam, że razem przeżyli bardzo wiele.
- Nico, co ty tam taki cichy jesteś ? - zapytała Mary albo Elizabeth, nie wiedziałam która ma, jak na imię, w każdym razie powiedziała to czarnowłosa - Zazwyczaj rwiesz się do rozmowy.
- Ciekawe, dlaczego nie chcę rozmawiać w obecności strzyg ? - zadał retoryczne pytanie, szatyn o fiołkowych oczach - to pewnie dlatego, Mary, że mam ochotę zabić całą tę gromadę na miejscu !
- Yhm... gdzie ? - zapytałam, lekko zdziwiona.
- To jest niespodzianka. Nie ufasz mi ? - spojrzał na mnie i pięknie się do mnie uśmiechnął. Jego zęby jakby świeciły bielą !
- Sama już nie jestem pewna... tyle tego się zrobiło... nie wiem komu powinnam ufać.
- Zaufaj damorowi.
- Damor dotyczy ciebie, nie mnie.
- Ale przez niego nasze życia są powiązane.
- Co masz na myśli ?
- Chyba nie powiedziałem ci wszystkiego o damorze...
- No to słucham, powiedz teraz - powiedziałam lekko zirytowana. Cały czas te wszystkie niedomówienia...
- Muszę cię chronić.
- To już wiem.
- Ale czekaj, daj mi powiedzieć dokładnie o co chodzi. Muszę cię chronić, a dopóki jestem przy tobie nikt, naprawdę nikt, nie może mi zrobić krzywdy. Dlatego też, to ty jesteś w wielkim niebezpieczeństwie.
- Czekaj... Jeśli dobrze zrozumiałam, to na ogół ktoś może cię zabić, tylko jest to trudne, jednak gdy jesteś przy mnie, to nikt ci nie może zrobić krzywdy, bo tobie nic się nie stanie ? Nawet jeśli normalnie od tego byś umarł ?
- Tak dokładnie.
- No super, jeszcze więcej komplikacji - prychnęłam gniewnie.
- Dlatego też, dopóki będziesz żyła, i będziesz przy mnie... śmierć mnie z czyjejś ręki nie dotknie.
- Czyli to znaczy, że... - Jacek przytaknął.
- Tak. Jeśli ktoś cię zaatakuje w mojej obecności, a ja nie zdążę odpowiednio szybko na to zareagować, to ty zginiesz, a ja...
- Czyli w skrócie muszę być ciągle przy tobie.
- Można by tak powiedzieć. Jeśli ja nie mógłbym być przy tobie, to załatwiłbym ci porządną opiekę.
- No mam nadzieję. Przecież nie mogę umrzeć ! Mam tyle do zrobienia...
- Nic ci się nigdy nie stanie ! - wrzasnął, jak dla mnie zbyt agresywnie. - Ja... - nagle w jego głosie usłyszałam skruchę - przepraszam.
- Jacek. Ja wiem, że nie jesteś w stanie ciągle ukrywać swojej natury. Czasami każdy musi pokrzyczeć, bo w ten sposób czuje się lepiej, pomaga sobie.
- Janice, ja nie wiem, czy... moja natura nie wymknie się przez przypadek spod kontroli w twojej obecności. A co jeśli...
- Podejdź do mnie.
Zrobił to o co go poprosiłam, a ja, po prostu, przytuliłam się do niego. On odwzajemnił mój uścisk i zrobiło mi się przyjemnie ciepło. Czułam się bardzo dobrze w jego objęciach. Nie trwało to długo, ponieważ nagle stał może metr ode mnie, jakby bał się przytulać.
- Prze... przepraszam ja...
- Spokojnie. Ja... rozumiem
Jacek patrzył na mnie swoimi krwisto czerwonymi oczami. Gdyby nie to, że wyglądały, jak oczy drapieżnika, to pomyślałabym, że za pomocą wzroku próbuje mi przekazać, że bardzo źle z nim.
- Jacek, odpręż się - zaczęłam - a może potrzebujesz czegoś? Wody, kawy, mięsa ?
- Potrzebuję krwi - walnął prosto z mostu.
-Ooo... - powiedziałam łącząc kilka różnych faktów. To co później powiedziałam, było o wiele dziwniejsze- czekaj... to może ja...
- Nie ! Nawet mi nie proponuj !
- Dlaczego ? Przecież potrzebujesz krwi. A ja, mogę ci jej dać.
- Nie zrobię ci tego !
- Czego mi nie zrobisz ?! Kompletnie nic nie rozumiem...
- Jeśli napiję się twojej krwi... to oboje się uzależnimy. A poza tym... przecież mogę cię zabić !
- No i co z tego ! Najwyżej umrę wcześniej ! Przecież dobrze wiesz, że prędzej czy później, i tak umrę !
- Janice zrozum, że ja nie chcę ci tego zrobić. Jesteś dla mnie zbyt ważna.
- To może pójdź do jakiegoś banku krwi ? Tam mają tego pełno.
- A obiecujesz, że nie zrobisz sobie krzywdy ? Nie, nie możesz obiecać, bo ja cię nie zostawię samej, gdy w naszym obozie jest manpir - Jacek zaczął wąchać powietrze, jakby tropił - a zaraz będzie ich więcej.
- Jesteś w stanie wytropić kogoś, mimo że jeszcze go nie widać i nie słychać ?
- Ty ich nie słyszysz. Ja tak.
- Tak to wszystko wyjaśnia.
- Chodź musimy ostrzec tego Christiana - na jego twarzy rozpoznałam obrzydzenie, gdy wypowiadał imię chłopaka mojej kuzynki - Powinien wiedzieć, że ci jego manpirzy znajomi tu jadą.
- Jadą ? A nie idą czy biegną ?
- Janice, wiesz, że istnieje coś takiego, jak samochód, prawda ?
- No tak, ale... myślałam, że wy... no raczej wolicie biegać ...
- Nie obrażaj nas. My a oni to wielka różnica.
- Jak dla mnie wszyscy są tacy sami.
- Tak nie powinno być, Janice. Każda rasa, istota jest inna.
- Jacek. Daj mi wreszcie myśleć po swojemu. Wszyscy nasuwają mi swój tok myślenia i nie dają mi wyrazić własnego zdania. A ja je mam.
- Jak sobie chcesz. Zaraz będziemy mieć gości.
- Świetnie.
- Super.
- To może pójdź po Christiana by mógł porozmawiać z innymi manpirami ? Czy może nadal będziesz się ze mną kłócił ?
Po jego wyrazie twarzy zrozumiałam, że skrzywdziły go moje słowa. Ale co miałam powiedzieć ? Że lubię jak ktoś mi narzuca swoją wolę ? Że on to robi, gdy wie, że nie powinien ? Nie. Wolałam mu teraz powiedzieć niż później żałować, że tego nie zrobiłam.
- Christian ! - wrzasnął Jacek. Chwilę później odpowiedział zawołany.
- Co ty chcesz ?!
- Trochę grzeczniej barani móżdżku. Twoja świta tu jedzie i zaraz tu będą.
- Aha. Już idę, pijawko.
Denerwowały mnie te wyzwiska. Czy faceci choć raz, nie mogą zachowywać się bardziej dojrzale ? Na pewno nic by im się nie stało, ale w końcu to mężczyźni. Nigdy ich nie zrozumiem.
- Janice, idź do Abbie ! U niej będziesz bezpieczna ! - krzyczał Christian.
- U mnie też będzie bezpieczna, matole ! - warknął Jacek.
- Prze...
- Przestańcie krzyczeć ! Już mnie głowa boli ! Zachowujecie się jak dzieci ! - Krzyknęłam, raz a porządnie. Nienawidzę, gdy ktoś krzyczy i mi rozkazuje. Okazuje mi, księżniczce, w ten sposób brak szacunku.
Christian i Jacek przestali krzyczeć. Na twarzy manpira zagościł wstyd, na strzygi zaskoczenie. Nie odzywali się, ale patrzyli na mnie, jakbym nagle stała się kimś innym. Jednak już po chwili, przestali mi się przypatrywać, gdyż z oddali było słychać zbliżający się samochód. W lesie, gdy jest cicho, można usłyszeć najmniejszy szmer.
- Czyli co ? Stoimy w pozycji obronnej, czy może czekamy jak baranki na drapieżnika ? - zapytała Meybell. Jest ona zaskakująco podobna do Shaunee. Tak samo jest irytująca.
- Meybell, wyjątkowo to nie czas na żarty. - Powiedziała, dość spokojnie, jak na nią Shaunee.
- Posłuchaj się siostry, Meybell - powiedział Jacek - bo następnym razem, za takie odzywki, nie ręczę za siebie.
Nagle wszystko się stało jasne. To dlatego są takie podobne ! Jaka ja byłam głupia ! Żeby nie zauważyć tego, musiałam być naprawdę nieogarnięta. Może za chwilę dowiem się jeszcze ciekawszych rzeczy ? Mam nadzieję, że nie.
- Jeśli ustawicie się w pozycji obronnej, oni to wezmą za zaproszenie do walki - powiedziała moja kuzynka, która znikąd się tam pojawiła. - ustawcie się tak jak wtedy, gdy czekaliście na Janice i mnie.
Zapomniałam już, że jestem w tym obozie zaledwie kilka dni. Czas jakoś, wolno płynął.
Nie miałam wiele czasu na zastanawianie się. Po chwili słychać było warkot silnika. Zdążyłam mrugnąć, a tuż przede mną stał jakiś samochód. Niestety ja, nieznająca się na markach samochodów, nie rozpoznałam jego nazwy czy jakiejś firmy co go stworzyła. Wiedziałam jedynie, że nadaje się do jazdy w lesie.
- Wow. Mary,Elizabeth, nie żartowałyście, mówiąc, że to coś poważnego - powiedziała szatynka, która wyglądała na ich szefową - Christian co się dzieje ?
- A co się może dziać, Rose ? Jak pewnie zauważyłaś nie wygląda to zbyt dobrze - odpowiedział zapytany. Nie rozumiałam, dlaczego według niego coś tu źle wygląda. Jak dla mnie, było tam normalnie.
- To ty ty jesteś szefową manpirów ? - zapytał Jacek - myślałem... no, że będziesz trochę... wyższa ?
- Nie oceniaj strzygo - odezwał się manpir stojący za Rose - ona chyba musiała coś zrobić by mieć tę posadę. Jak myślisz, czym się zasłużyła ?
- Nie przesadzaj Dymitr - powiedziała do niego Rose. - Miałam dobrego nauczyciela. I tyle.
Spoglądali na siebie w milczeniu. Patrząc na nich, wiedziałam, że razem przeżyli bardzo wiele.
- Nico, co ty tam taki cichy jesteś ? - zapytała Mary albo Elizabeth, nie wiedziałam która ma, jak na imię, w każdym razie powiedziała to czarnowłosa - Zazwyczaj rwiesz się do rozmowy.
- Ciekawe, dlaczego nie chcę rozmawiać w obecności strzyg ? - zadał retoryczne pytanie, szatyn o fiołkowych oczach - to pewnie dlatego, Mary, że mam ochotę zabić całą tę gromadę na miejscu !
sobota, 28 czerwca 2014
Rozdział IV. Nieoczekiwane spotkanie
Jacek stanął tak, jakby chciał mnie przed kimś obronić. Na dodatek z każdej mojej strony stanęły strzygi. Po lewej stał Mojmir, po prawej - Eric. Widziałam, że koło Jacka stoi Shaunee i Meybell, więc za mną musiała stać Maylin. Nieopodal nas znajdowała się Abbie, ale to co mnie w tym najbardziej zdziwiło, to fakt, że trzymała miecz i tarczę.
Po jakimś czasie, ja również zaczęłam słyszeć, że ktoś biegnie w naszą stronę. Najpierw był to malutki szum, jednak z każdą chwilą narastał, słyszałam go coraz bardziej.
Na początku zza drzew wyłonił się chłopak, z jasnymi brąz włosami, a za nim była czarnowłosa i blondynka. Nawet nie zauważyłam, kiedy Jacek rzucił się na chłopaka, obezwładniając go, a Shaunee i Meybell zrobiły to samo z towarzyszkami nieznajomego.
- Nie róbcie im krzywdy ! - krzyknęła Abbie, po czym rzuciła się w stronę Jacka - Christian !
- Abbie ? Co ty tu... ? - wymamrotał, ponieważ nadal był przyciśnięty do ziemi.
- Później ci wszystko wytłumaczę. Jacek puśćcie ich !
- Dlaczego mamy to robić ?! - Krzyknęła Shaunee - Przecież jak to zrobimy, oni nas zabiją.
- Dopóki nie zrobicie krzywdy Abiegail, nic się wam nie stanie - powiedział szatyn.
Jacek, niepewnie wypuścił Christiana, ale od razu po tym zjawił się koło mnie. Eric, Mojmir i Maylin już odeszli ode mnie, jednak mój obrońca myślał, że nadal potrzebuję ochrony. Nienawidzę tego damora.
Moja kuzynka była w ramionach manpira, w momencie gdy wszystko zaczęło mi się układać. Mój trzynastoletni móżdżek podsunął mi pewne pytanie, które musiałam zadać Abbie, bo inaczej mogłabym potraktować to jak grzech.
- Abbie, kto to jest ?
- To... jest Christian. Mój chłopak.
- Co tu robi ?
Zadawałam kilka rożnych pytań na które ona nie znała odpowiedzi. Zmęczona moją dziecinną ciekawością, sama zapytała.
- Christian. Co wy tu robicie ?
- Nasza szefowa, Rose, wyczuła w okolicy strzygi - spojrzał na Jacka z niesmakiem - I wysłała nas. Mieliśmy się ich pozbyć, ale jak widać, chyba się nie uda.
- Jakbyście nas zabili - zaczął Mojmir - to ta tu obecna Janice miałaby duży problem.
- To znaczy ? - spojrzał na mnie chłopak mojej kuzynki. Nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Dlaczego nie powiedziała mi, że ma chłopaka ?
- Janice chce się dowiedzieć kto jest jej boskim rodzicem. My jej w tym pomagamy, co co najmniej trochę, skróci jej podróży. Zresztą, z tego co wiem strzyg boi się tak wiele stworzeń, że pod naszą ochroną nic jej nie zagraża. Ale skoro chcecie nas zabić...
- Czekaj ! To... jest poważna sprawa. Temu musi się przyjrzeć Rose. Elizabeth ! Mary !
- Tak ? - Odpowiedziały równocześnie manpirki.
- Idźcie po Rose. Ona musi o tym usłyszeć.
- Jasne, ale... uważaj na siebie - odpowiedziała blondynka i przejechała wzrokiem po wszystkich strzygach, jakby chciała mu pokazać, kto tu jest zagrożeniem. A może rzeczywiście to robiła ?
- Zawsze uważam. Idźcie !
Manpirki zaczęły biec. Może nie były tak szybkie jak strzygi, bo od nich to chyba nie da się być szybszym. Jednak były one o wiele szybsze od każdego człowieka.
- A ty ? Czemu tu zostałeś, czubku ?! - zapytała jak zwykle opryskliwie Shaunee.
- Myślisz, że zostawię je same z kimś takim ja ty ? Chyba coś ci się w głowie pomieszało !
- Christian, spokojnie. Chodź, musimy pogadać. - powiedziała spokojnie Abbie.
- A co z twoją kuzynką ? - zapytał już trochę bardziej spokojny Christian.
- O nią się nie martw. Jacek zabije każdego, kto zrobi jej chociaż małą rankę.
- Nie jestem pewny...
- Zaufaj mi.
- Gdyby tu nie chodziło o strzygi...
- Będziecie tak dalej wytrącać mnie z równowagi, czy może w końcu stąd pójdziecie ? - zapytała Shaunee - Czubku weź się ogarnij i nie martw się - przewróciła oczami - Jacek nie pozwala nam się do niej zbliżyć.
- Skoro tak to wygląda... Chodźmy Abbie.
Abbie i Christian poszli w stronę naszego namiotu. Miałam wrażenie, że to nie miał być koniec konfliktów. Jeszcze było dużo przede mną.
Po jakimś czasie, ja również zaczęłam słyszeć, że ktoś biegnie w naszą stronę. Najpierw był to malutki szum, jednak z każdą chwilą narastał, słyszałam go coraz bardziej.
Na początku zza drzew wyłonił się chłopak, z jasnymi brąz włosami, a za nim była czarnowłosa i blondynka. Nawet nie zauważyłam, kiedy Jacek rzucił się na chłopaka, obezwładniając go, a Shaunee i Meybell zrobiły to samo z towarzyszkami nieznajomego.
- Nie róbcie im krzywdy ! - krzyknęła Abbie, po czym rzuciła się w stronę Jacka - Christian !
- Abbie ? Co ty tu... ? - wymamrotał, ponieważ nadal był przyciśnięty do ziemi.
- Później ci wszystko wytłumaczę. Jacek puśćcie ich !
- Dlaczego mamy to robić ?! - Krzyknęła Shaunee - Przecież jak to zrobimy, oni nas zabiją.
- Dopóki nie zrobicie krzywdy Abiegail, nic się wam nie stanie - powiedział szatyn.
Jacek, niepewnie wypuścił Christiana, ale od razu po tym zjawił się koło mnie. Eric, Mojmir i Maylin już odeszli ode mnie, jednak mój obrońca myślał, że nadal potrzebuję ochrony. Nienawidzę tego damora.
Moja kuzynka była w ramionach manpira, w momencie gdy wszystko zaczęło mi się układać. Mój trzynastoletni móżdżek podsunął mi pewne pytanie, które musiałam zadać Abbie, bo inaczej mogłabym potraktować to jak grzech.
- Abbie, kto to jest ?
- To... jest Christian. Mój chłopak.
- Co tu robi ?
Zadawałam kilka rożnych pytań na które ona nie znała odpowiedzi. Zmęczona moją dziecinną ciekawością, sama zapytała.
- Christian. Co wy tu robicie ?
- Nasza szefowa, Rose, wyczuła w okolicy strzygi - spojrzał na Jacka z niesmakiem - I wysłała nas. Mieliśmy się ich pozbyć, ale jak widać, chyba się nie uda.
- Jakbyście nas zabili - zaczął Mojmir - to ta tu obecna Janice miałaby duży problem.
- To znaczy ? - spojrzał na mnie chłopak mojej kuzynki. Nie mogłam się do tego przyzwyczaić. Dlaczego nie powiedziała mi, że ma chłopaka ?
- Janice chce się dowiedzieć kto jest jej boskim rodzicem. My jej w tym pomagamy, co co najmniej trochę, skróci jej podróży. Zresztą, z tego co wiem strzyg boi się tak wiele stworzeń, że pod naszą ochroną nic jej nie zagraża. Ale skoro chcecie nas zabić...
- Czekaj ! To... jest poważna sprawa. Temu musi się przyjrzeć Rose. Elizabeth ! Mary !
- Tak ? - Odpowiedziały równocześnie manpirki.
- Idźcie po Rose. Ona musi o tym usłyszeć.
- Jasne, ale... uważaj na siebie - odpowiedziała blondynka i przejechała wzrokiem po wszystkich strzygach, jakby chciała mu pokazać, kto tu jest zagrożeniem. A może rzeczywiście to robiła ?
- Zawsze uważam. Idźcie !
Manpirki zaczęły biec. Może nie były tak szybkie jak strzygi, bo od nich to chyba nie da się być szybszym. Jednak były one o wiele szybsze od każdego człowieka.
- A ty ? Czemu tu zostałeś, czubku ?! - zapytała jak zwykle opryskliwie Shaunee.
- Myślisz, że zostawię je same z kimś takim ja ty ? Chyba coś ci się w głowie pomieszało !
- Christian, spokojnie. Chodź, musimy pogadać. - powiedziała spokojnie Abbie.
- A co z twoją kuzynką ? - zapytał już trochę bardziej spokojny Christian.
- O nią się nie martw. Jacek zabije każdego, kto zrobi jej chociaż małą rankę.
- Nie jestem pewny...
- Zaufaj mi.
- Gdyby tu nie chodziło o strzygi...
- Będziecie tak dalej wytrącać mnie z równowagi, czy może w końcu stąd pójdziecie ? - zapytała Shaunee - Czubku weź się ogarnij i nie martw się - przewróciła oczami - Jacek nie pozwala nam się do niej zbliżyć.
- Skoro tak to wygląda... Chodźmy Abbie.
Abbie i Christian poszli w stronę naszego namiotu. Miałam wrażenie, że to nie miał być koniec konfliktów. Jeszcze było dużo przede mną.
piątek, 13 czerwca 2014
Rozdział III. Damor.
Odeszli.
Nagle cała szóstka jakby rozpłynęła się w powietrzu. Razem z
Abbie poszłyśmy tam, gdzie stał nasz namiot i nasze rzeczy. Jak
przyszła do mnie nawet nie zauważyłam, że wzięła torbę z
wieloma rzeczami, które zapewne były ubraniami. Wolałam nie wtykać
nosa w nieswoje sprawy.
Złożyłyśmy
namiot, więc sięgnęłam do mojej torby. Wcześniej nie zauważyłam,
że wystaje z niej jakaś kartka. Schowałam ją tak by Abbie nie
zauważyła. Gdy już upewniłam się, że nie widzi mnie,
przeczytałam zawartość kartki. Były to tylko cztery słowa
napisanie pięknym pismem.
Później ci wytłumaczę
Jacek
Napisał
dla mnie kartkę... po co ? Nie widziałam w tym najmniejszego sensu.
Domyślałam się, że chodzi o to, o czym jego świta rozmawiała
wcześniej. Nie rozumiałam kompletnie tego co się dzieje, od czasu
kiedy dowiedziałam się, że jedno z moich rodziców, nim nie jest,
ale teraz... mam jeszcze większy mętlik w głowie.
-
Janice ?
-
Tak Abbie ? - zapytałam z lekkim opóźnieniem, miałam jednak
nadzieję, że moja kuzynka tego nie zauważyła.
-
Jesteśmy spakowane. Jesteś pewna, że chcemy mieszkać ze
strzygami. Może to się bardzo źle skończyć.
-
Abbie. Jestem tego pewna, tak jak tego, że nazywam się Janice.
-
No dobrze... Ale miej na uwadze fakt, że Jacek i ta jego banda mogą
nas wplątać w coś, co może mieć przykre konsekwencje.
-
On nic takiego nie zrobi ! Chodźmy już – powiedziałam oschle,
chociaż, po tym co mi powiedziała, nie byłam już taka pewna tego,
że Jacek mnie w nic nie wplącze.
Wyruszyłyśmy
w stronę ogniska. Otaczająca mnie przyroda uspokajała mnie i
jednocześnie dołowała. Krzewy były dla mnie jak maluchy które
podnosiły mnie na duchu, bo widziałam wszystko co mnie otacza,
jednak gdy spojrzałam w górę, ujrzałam koronę drzew przez którą
znowu czułam się ograniczona, jeśli chodzi o pole widzenia.
Nigdzie nie było widać nawet małego budynku, choćby leśniczówki.
Tylko drzewa, krzaki, paprocie, mchy i trawa. W pewnym momencie nawet
zaczęła mnie nudzić ta wędrówka i zaczęłam liczyć kamienie
które mijałam.
W
połowie drogi usłyszałam ruch, a zaraz po tym obok mnie pojawił
się Jacek. Oczywiście nie wyglądał jakby biegł przez las. Miałam
wrażenie jakbym nie stała obok strasznego strzygi, tylko koło
modela.
-
Hey.
-
No cześć.
-
Jak się czujesz Janice ? - zdziwiło mnie trochę to pytanie, ale
starałam się odpowiedzieć szczerze, choć trochę podenerwowana.
-
A jak mam się czuć ? Idę do obozu rzekomo najgorszych potworów na
świecie, większość z nich za mną nie przepada a do tego nie mam
mojego kochanego łóżka.
-
No cóż na to łóżko nic nie mogę poradzić, ale moi znajomi...
-
Twoi znajomi co ?
-
Powiedzmy, że już nie będę cię źle traktować.
-
Wymusiłeś to na nich – Raczej stwierdziłam niż zapytałam.
-
A czy to takie ważne ?
-
Dla mnie tak.
-
Abbie ? - zamiast mi odpowiedzieć zwrócił się do mojej kuzynki.
-
Tak ? - odpowiedziała na dźwięk swojego imienia.
-
Dasz radę dojść do obozu sama ?
-
Jasne... a co się dzieje ?
-
Chciałbym... coś pokazać Janice.
-
No dobra...
-
Super, dzięki. Janice, wskakuj mi na barana !
-
Co ?! - wymsknęło mi się z wrażenia. Pomyślałam, że mógł na
łeb upaść – Żartujesz sobie ? Nie uniesiesz mnie.
-
Jestem w stanie unieść ciężarówkę bez problemu. A ciebie to już
w ogóle – powiedział, po czym przewinął oczami, jakby go już
nudziło tłumaczenie mi wszystkiego. Ale co on w końcu sobie myślał
? Że tak nagle wszystko pojmę ?
-
No dobra...
Podeszłam
do niego. Położyłam ręce na jego ramionach, po czym...
wskoczyłam. Nie byłam do tego zbytnio przekonana, ale... no cóż.
Żyć nie umierać. Zdziwiło mnie z jaką łatwością mnie trzymał,
bo do najmniejszych to ja nie należę.
Złapał
moje nogi w dość mocnym uścisku. Nagle poczułam się pewna i
bezpieczna.
-
Gotowa.
-
Nie.
-
To dobrze.
I
zaczął biec. Nie. Biec to za mało powiedziane. Nie byłam w stanie
na niczym się skupić, bo wszystko wydawało mi się rozmazane.
Właściwie to miałam wrażenie, jakbyśmy się teleportowali, bo
już po 2 czy 3 sekundach byliśmy na miejscu.
-
Wow. - westchnęła, bo trochę mi się kręciło w głowie –
Naprawdę jesteś szybki.
-
Eh... - zarumienił się – to tylko jedna z zalet bycia strzygą.
Mówiąc
„strzyga” nie mówił tak jak moja kuzynka – z pogardą i
nienawiścią. On wypowiadał to słowo jakby bycie strzygą było
równoznaczne z byciem bogiem. Kiedyś, byłoby to dla mnie
nierealne, ale teraz... gdy dowiedziałam się, że jeden z bogów z
mitologii jest moim rodzicem... nie wiedziałam już w co mam wierzyć
a w co nie.
-
Tak ? - zapytałam – A jakie inne zalety jeszcze widzisz w byciu
strzygą ?
-
No cóż... oprócz tego, że jestem bardzo szybki, co już zdążyłaś
zauważyć, to nie muszę spać, jestem nieśmiertelny, silny, no i
może nie jest to cecha wspólna strzyg, ale bardzo wiele osób
mojego gatunku nie skarży się na brak majątku.
-
Hmmm... może i nie jestem jakoś bardzo szybka czy silna, ale o
braku kasy, w moim przypadku, nie można mówić.
-
Powiedz mi coś o sobie – nagle bardzo się do mnie przybliżył.
Gdyby nie to, że jest ode mnie wyższy o jakieś 30 centymetrów, to
stykalibyśmy się czołami – proszę, chciałbym coś więcej o
tobie wiedzieć, niż to, że masz na imię Janice, 170 centymetrów
wzrostu, zielone oczy i jesteś szatynką.
-
A jak ci opowiem, to ty powiesz mi coś o sobie ?
-
Obiecuję.
-
No dobra... Zanim uciekłam mieszkałam w największej rezydencji w
Horspolis. Jestem córką króla. Chociaż... sama nie wiem. Przez
moją starszą, zazdrosną siostrę uciekłam. Nasz ojciec,
powiedział, że to ja mam być królową, a ona nie mogła pogodzić
się z tym faktem.
-
A jak nazywa się twoja siostra ?
-
Annabeth. A ty ? Masz jakieś rodzeństwo ?
-
Nie lubię o tym rozmawiać. Mam brata, ale... on nie jest taki jak
ja.
-
Jak to ? - zdziwiłam się faktem, że jego brat mógłby nie być
taki jak on. Rozumiem, że z wyglądu, ale po jego tonie
wywnioskowałam, że chodziło mu raczej o to, że jego brat nie jest
strzygą.
-
Mój brat... nie chciał nieśmiertelności, siły i szybkości.
Wolał być słabym, śmiertelnym i powolnym wampirem – ostatnim
słowem jakby splunął.
-
Jak się nazywa ?
-
Damien. Może dziwnie to dla ciebie zabrzmi, ale ma 150 lat.
-
Ile ?! To ile ty masz co ? Nie wyglądasz na kogoś kto ma więcej
niż 20 lat, nie mówiąc już o 100 latach.
-
Pewna jesteś ? To sobie wyobraź, że przedwczoraj miałem 201
urodziny.
-
Czekaj... 25 lipca ?
-
No tak, bo dzisiaj jest 27.
-
Mamy tego samego dnia urodziny.
-
Ooo... to dlatego...
-
Co dlatego ?
-
Bardzo chciałbym ci powiedzieć, ale nie mogę dopóki nie dowiesz
się który z bogów jest twoim rodzicem.
-
Wiesz kto jest moją matką bądź ojcem ?
-
Tak... Bogowie mają specyficzne zasady, które nie pozwalają mi
powiedzieć.
-
To nie fair.
Usłyszeliśmy
szmer. Zza krzaków zaczęła wychodzić jakaś postać. Na szczęście
była to Abbie.
-
O czym tak rozmawiacie ?
-
No wiesz... właśnie się dowiedziałam, że Jacek wie kto jest moim
boskim rodzicem i nie może mi powiedzieć. Słyszę to codziennie.
-
Janice musisz się nauczyć modulacji głosu, bo twoja ironia średnio
ci wyszła. - następne zdanie skierowała do Jacka – Rozumiem, że
nie możesz jej powiedzieć, ale pomóc to chyba możesz, co ?
-
Gdybym umiał to bym wam pomógł. Mogę was wspierać w czasie
podróży, ale to wszystko.
-
Podróży ?! - krzyknęłam.
-
Tak Janice, musimy wyruszyć w podróż, żeby się dowiedzieć.
Dobra zostawię was samych.
-
Mojmir ! - krzyknął Jacek.
-
Tak ? - odpowiedział niebiesko włosy.
-
Pomożesz Abbie rozłożyć namiot dla niej i Janice ?
-
Jasne, nie ma sprawy. Chodź Abbie.
Mojmir poszedł razem z moją kuzynką do obozu. Ja zostałam sama z Jackiem, a, co wydało mi się dziwne, w okolicy ptaki nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku.
- Wytłumaczysz mi może o co chodzi z kartką napisaną przez ciebie ?
- Oh... Tak. Wiedziałem, że tylko w ten sposób będę mógł ci przekazać, ostrzeżenie dotyczące rozmowy, która nie mogła nas ominąć.
- W takim razie... Wytłumaczysz mi o co chodziło twoim przyjaciołom, gdy mówili, no właściwie krzyczeli, kiedy się domyślili czegoś o czym ja nie mam pojęcia?
- Wierzysz w magię, czary i tak dalej?
- Ostatnio zaczynam wierzyć w wiele dziwnym rzeczy...
- No to pomyśl sobie, że magia istnieje. Wampiry nie mają tak wielkiego problemu, jak strzygi, jeśli chodzi o to, o czym ci opowiem. Widzisz... Jest taki pradawny czar zwany damorem. Gdy strzyga spotka osobę, tę odpowiednią, która jest dla niej przeznaczona, pada na nią damor. Wtedy już nie ma odwrotu. W momencie, gdy damor pojawia się u strzygi, ona nie może opuścić tego lub tej jedynej. Nawet jeśli ta osoba nie odwzajemnia uczucia, strzyga musi być blisko, chronić. Wtedy liczy się bezpieczeństwo tej przeznaczonej. Zazwyczaj dzieje się to raczej między strzygami. To chyba jest normalne, że strzyga zakochuje się w strzydze. Niestety czasami zdarza się, że strzyga zakochuje się w kimś innego gatunku. Wtedy próbuje przekonać ukochaną lub ukochanego do przemiany w takiego jak on lub ona. Jednak to może stać się tylko nam, wampirom i manpirom. Inne gatunki społeczeństwa nie mają odpowiedniego DNA. W takim przypadku strzyga próbuje spędzić wszystkie możliwe dni z ukochaną, a gdy nadchodzi śmierć drugiej połówki... strzyga cierpi. Robi wszystko by i on zginął.
- To... jest straszne!!!
- Najgorsze jest to, że... To właśnie na mnie padł damor. W tym gorszym przypadku.
Jacek wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Nagle nabrałam ochoty, by go pocieszyć, ale mój, z opóźnieniem, zaczął łączyć wątki.
- Czekaj... Czy ty próbujesz mi przez to przekazać, że ten damor padł na ciebie, bo ja się pojawiłam w twoim życiu?
- Tak... Wiem, że w twoim życiu już się wiele zmieniło, ale chyba niestety zmieni się jeszcze więcej.
- Co przez to rozumiesz ?
- Do obozu zbliżają się manpiry.
Mojmir poszedł razem z moją kuzynką do obozu. Ja zostałam sama z Jackiem, a, co wydało mi się dziwne, w okolicy ptaki nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku.
- Wytłumaczysz mi może o co chodzi z kartką napisaną przez ciebie ?
- Oh... Tak. Wiedziałem, że tylko w ten sposób będę mógł ci przekazać, ostrzeżenie dotyczące rozmowy, która nie mogła nas ominąć.
- W takim razie... Wytłumaczysz mi o co chodziło twoim przyjaciołom, gdy mówili, no właściwie krzyczeli, kiedy się domyślili czegoś o czym ja nie mam pojęcia?
- Wierzysz w magię, czary i tak dalej?
- Ostatnio zaczynam wierzyć w wiele dziwnym rzeczy...
- No to pomyśl sobie, że magia istnieje. Wampiry nie mają tak wielkiego problemu, jak strzygi, jeśli chodzi o to, o czym ci opowiem. Widzisz... Jest taki pradawny czar zwany damorem. Gdy strzyga spotka osobę, tę odpowiednią, która jest dla niej przeznaczona, pada na nią damor. Wtedy już nie ma odwrotu. W momencie, gdy damor pojawia się u strzygi, ona nie może opuścić tego lub tej jedynej. Nawet jeśli ta osoba nie odwzajemnia uczucia, strzyga musi być blisko, chronić. Wtedy liczy się bezpieczeństwo tej przeznaczonej. Zazwyczaj dzieje się to raczej między strzygami. To chyba jest normalne, że strzyga zakochuje się w strzydze. Niestety czasami zdarza się, że strzyga zakochuje się w kimś innego gatunku. Wtedy próbuje przekonać ukochaną lub ukochanego do przemiany w takiego jak on lub ona. Jednak to może stać się tylko nam, wampirom i manpirom. Inne gatunki społeczeństwa nie mają odpowiedniego DNA. W takim przypadku strzyga próbuje spędzić wszystkie możliwe dni z ukochaną, a gdy nadchodzi śmierć drugiej połówki... strzyga cierpi. Robi wszystko by i on zginął.
- To... jest straszne!!!
- Najgorsze jest to, że... To właśnie na mnie padł damor. W tym gorszym przypadku.
Jacek wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Nagle nabrałam ochoty, by go pocieszyć, ale mój, z opóźnieniem, zaczął łączyć wątki.
- Czekaj... Czy ty próbujesz mi przez to przekazać, że ten damor padł na ciebie, bo ja się pojawiłam w twoim życiu?
- Tak... Wiem, że w twoim życiu już się wiele zmieniło, ale chyba niestety zmieni się jeszcze więcej.
- Co przez to rozumiesz ?
- Do obozu zbliżają się manpiry.
piątek, 9 maja 2014
Rozdział II. Kim jestem
-
No wyjdź z ukrycia herosku – usłyszałam po raz wtóry te słowa
– nie chcemy ci zrobić krzywdy.
-
Nie mamy czasu na zabawę w kotka i myszkę. Wyjdź z ukrycia –
powiedział ten chłopak. Wiedziałam, że zaraz się zdenerwują i
mnie znajdą.
Nie
musiałam długo czekać. Już po chwili naprzeciwko stał TEN
chłopak. Miał śliczne blond włosy uczesane w artystyczny nieład.
Był ubrany bardzo elegancko – aż zdziwiłam się, że będąc w
lesie w ogóle się nie ubrudził. Najbardziej jednak zadziwiły mnie
jego oczy. Tęczówki chłopaka miały barwę krwi, a białka miał
lekko zaczerwienione. Zazwyczaj tak wygląda ktoś kto niedawno
płakał, on jednak wyglądał cały czas jakby był z czegoś
zadowolony. Bardzo mi się to nie podobało. Bałam się odezwać, bo
nie wiedziałam jak może zareagować. Po chwili podeszła do niego
jego koleżanka.
Była
ona rudowłosa, a jej oczy wyglądały tak samo jak oczy chłopaka.
Różnili się oni strojem. Ona nie była ubrana elegancko, jak jej
towarzysz. Ruda miała na sobie sportowe ciuchy.
-
Jak się nazywasz, herosku ? - zapytała.
-
Dlaczego nazywacie mnie heroskiem ? - zapytałam nie mogąc się
powstrzymać.
-
Ach to dlatego tak dziwnie pachniesz. W swoim czasie się dowiesz.
Ale teraz odpowiedz na moje pytanie.
-
Jestem Janice, a wy czerwonoocy ?
-
Patrz zauważyła – powiedziała z ironią.
-
Ja jestem Jacek, a to jest Shaunee – odpowiedział mi towarzysz tej
rudej.
-
Kim wy jesteście ? Co chcecie ze mną zrobić ? - zapytałam
zdziwiona, że się nie zająknęłam.
-
To długa historia. Dopóki nie dowiesz się kim jesteś i tak nam
nie uwierzysz. Czekasz na kogoś ?
-
Tak... ale będzie dopiero rano.
-
Dobrze. Widzisz to ognisko ? Przyjdźcie do nas jak tylko osoba na
którą czekasz się zjawi. - Jacek patrzył mi prosto w oczy jak to
mówił. Nie mogłam się nie zgodzić.
-
A jak was obudzę ?
-
Oto się nie martw. Jestem pewny, że jeszcze bardzo długo nie
będziemy spać. Tymczasem życzę miłej nocy. Do zobaczenia,
Janice.
Nagle
Jacek i Shaunee zniknęli. Znów byłam sama a przy ognisku było
słychać śmiechy.
Wróciłam
do namiotu. Wzięłam moją komórkę do ręki i spojrzałam na
godzinę. Otworzyłam szeroko oczy,bo na zegarku była już 7.00. Nie
wiedziałam jak to jest możliwe, natomiast byłam pewna, że
niedługo przyjdzie Abbie. Miałam rację. O 8.00 ramiona mojej
kuzynki otulały mnie.
-
Abbie musisz gdzieś ze mną pójść – powiedziałam, zanim
jeszcze siebie puściłyśmy.
-
Gdzie ? - zapytała zaskoczona.
-
Do obozu osób, które przyszły do mnie w nocy. Proszę !
-
No... dobrze. Zaprowadź mnie.
Szłam
z Abbie prosto do ogniska, gdzie grupa Jacka się zatrzymała. Byłam
tak podekscytowana ! Nie mogłam przestać o nim myśleć.
-
Witaj Janice. - Niespodziewanie usłyszałam głos Jacka.
-
Cześć Jacek. To jest Abbie – pokazałam na moją kuzynkę, która
miała taki wyraz twarzy, jakby miała zaraz uciekać. - Wszystko w
porządku ? Nagle zbladłaś.
-
Może ja ci wytłumaczę, Janice – wtrąciła się ta ruda, Shaunee
– zazwyczaj ludzie na nasz widok uciekają, po czym zostają
zjedzeni, bo to im nic nie daje. Jednak Jacek stwierdził, że on na
to nie pozwoli jeśli chodzi o ciebie.
Ostatni
wyraz powiedziała z takim niesmakiem, że poczułam się bardzo nie
lubiana. Przecież w moim domu, w Horspolis, wszyscy mnie wręcz
wielbili !
-
A więc Abbie – zaczął Jacek – Może powiesz Janice kim jest i
co ją może spotkać ? No i kim my jesteśmy i tak dalej ? Czy może
to ja mam jej opowiedzieć to w taki sposób, jak ja to widzę ?
-
Jesteś straszny ! - krzyknęła moja kuzynka. Jacek pozostał jednak
niewzruszony – Janice. Ty... jesteś dzieckiem boga. - wybełkotała
Abbie.
-
Tak wiem przecież. Od kiedy tylko pamiętam, wszyscy mi mówią, że
jestem dzieckiem bożym i tak dalej.
-
Nie takiego boga. Kojarzysz bogów z mitologii ? Jeden z nich jest
twoim rodzicem. A ty, tak jak ja, jesteś herosem. Ci tutaj...
-
Czekaj... takiego boga jak Zeus, Posejdon, Hades czy Atena ?
-
Tak, dokładnie.
-
Matko święta ! Dobra skończ zdanie.
-
Ci tutaj to strzygi. Wampiry, które zabiły kogoś ze swojej
społeczności dla nieśmiertelności.
-
Naprawdę ? - spojrzałam na Jacka.
-
Tak... zabiłem kogoś, ale to nic takiego... - odpowiedział mi,
patrząc prosto w moje oczy, w jego spojrzeniu widziałam, że tego
nie chciał, choć wyraz jego twarzy mówił dokładnie co innego.
-
Abbie, a są też inne stworzenia o których powinnam wiedzieć ?
-
No cóż... Jacek weź jej powiedz, ja już powiedziałam za dużo, a
tak to będzie na ciebie. - Zdziwiłam się, że moja kuzynka
skierowała się do Jacka, jednakże dobrze rozumiałam dlaczego ona
nie chce mi tego mówić. Przecież ukrywała przede mną, kim
jestem, a jak już to odkryłam, to zrozumiałam, że nie jest to
fajne.
-
Są też inne stworzenia. Oczywiście są tacy, którzy są dla
większości pokarmem, czyli czytaj ludzie, o których zapewne wiesz
wszystko – wstrząsnął mną dreszcz, bo mówił o ludziach, jakby
byli przekąską ! - ale są też wilkołaki i manpiry. Manpir jest
dzieckiem człowieka i wampira.
Teraz
to Jacek otrząsnął się z obrzydzenia. Dlaczego ? Nie mam pojęcia,
ale intuicja mi mówi, że wkrótce się dowiem.
-
Okropieństwo – nie wiedziałam dlaczego to mówię, ale miałam
wrażenie, że to właśnie muszę powiedzieć. Kolejne zdanie samo
wyszło z moich ust, kierowane zwykłą ciekawością – A którego
boga jestem dzieckiem ?
-
Janice... - zaczęła Abbie, w której głosie, rozpoznałam, że
jest zdruzgotana – żeby się tego dowiedzieć, musiałabyś
zwiedzić cały świat ! No, chyba,że...
-
Chyba, że co ?
-
Chyba, że twój rodzic sam by cię poinformował o swojej
tożsamości.
-
Pff to chyba za życia nie dowiem. A kto jest twoim rodzicem, Abbie ?
-
A...
-
Ekhm – odezwała się jedna strzyga – Jacku, a może tak z łaski
swojej nas przedstawisz ?
-
A tak... - zaczął Jacek, z niepewnością w głosie, choć na jego
twarzy malowała się pewność siebie, jakiej jeszcze u nikogo nie
widziałam – To jest Maylin – wskazał na blondynkę, która w
bardzo niemiły sposób przerwała mojej kuzynce – to Meybell –
pokazał czarnowłosą dziewczynę – A to jest Eric i Mojmir –
najpierw pokazał na szatyna, a potem na kolesia z niebieskimi
włosami. Ten o niebieskich włosach trochę mnie przeraził.-
Shaunee już znacie.
-
Taak... miło mi was poznać.
-
Nam ciebie również – odpowiedzieli razem Maylin, Eric i Mojmir.
Po Jacku i Shaunee spodziewałam się, że mnie tego nie powiedzą,
ale Meybell ? Kompletny brak szacunku dla księżniczki. Nawet jeśli
nie wie, że nią jestem.
-
No powiedział Jacek, teraz już trochę bardziej entuzjastycznie –
skoro już wszyscy się poznaliście czas coś zjeść.
Wszystkie
strzygi zaczęły się śmiać, a Abbie złapała mnie za rękę i
zaczęła się cofać. Nie rozumiałam jej reakcji, ale domyśliłam
się, że miała powód tak zareagować.
-
Ej ! - wrzasnął Jacek by uspokoić swoją świtę, zresztą z
powodzeniem. - nie będziemy nikogo jeść – spojrzał po każdym
ze swoich towarzyszy. Usłyszałam pomruki niezadowolenia. -
upieczemy sobie pianki lub kiełbaski. Abbie... zjecie z nami ?
-
Nie będziemy przekąską ? - zapytała niepewnie. Przestała już
się cofać,ale nadal stała gotowa do ucieczki i nawet nie poluźniła
uścisku na mojej ręce.
-
Nie będziecie. - zaśmiał się – Jesteście naszymi gośćmi.
Możecie wziąć swoje rzeczy i przynieść do naszego obozu. -
spojrzał na mnie – Obiecuję, że nic się wam nie stanie. A i
Abbie, lepiej rozluźnij uścisk, bo zaraz Janice nie będzie miała
czucia w ręce.
Moja
kuzynka posłuchała rady Jacka, za co byłam bardzo wdzięczna. Moja
ręka naprawdę była już cała czerwona.
-
O nie ! - krzyknęła Meybell. Jej reakcja była strasznie dziwna
zważywszy na to, że właściwie nic się nie stało – Jacek ?
Czyżbyś … ?
-
To nie twoja sprawa ! - wrzasnął.
-
Czyli tak. O matko !
-
O co wam chodzi ? - zapytałam.
-
Janice... to sprawy strzyg … lepiej byśmy się nie wtrącały. -
powiedziała spokojnie Abbie, ale w jej głosie wyczułam lekką
nutkę strachu.
-
I tak się dowie. Jacek, powiesz jej teraz czy może kiedy sam
stwierdzisz, że byłeś idiotą, że wcześniej się nie dowiedziała
? - Powiedziała Shaunee, ale jej słownictwo było straszne. W moim
domu nikt nie śmiał nawet powiedzieć czegoś obraźliwego na temat
któregoś z mieszkańców, ale do niego ? To już po prostu
zniewaga. Wolałam jednak się nie odzywać, żebym nie wpadła w
tarapaty. Gdy patrzę na Abbie, mam wrażenie, że już jesteśmy w
trudnej sytuacji. Ja jednak jestem przyzwyczajona, do tego by być w
całkowitym spokoju, nie ważne jak bardzo jest źle.
-
Dziewczyny przestańcie. Dziewczyna dopiero dowiedziała się kim
jest – czy na pewno się dowiedziałam ? Nie byłam tego taka
pewna. - Ledwie usłyszała o tym co ją otacza, jakie stworzenia.
Dajcie jej spokój – Dopiero po chwili poznałam, że osobą, która
to mówiła, był Mojmir, ten o niebieskich włosach. - Jemu też
dajcie spokój.
-
Wiecie co... muszę się położyć – po chwili Jacek westchnął –
a nie... przecież i tak nie zasnę.
Ewidentnie
wszystkie strzygi rozbawiła ta wypowiedź, ja jednak nie do końca
rozumiałam w czy tkwi problem.
-
Dlaczego ? - zapytałam więc po chwili śmiechu.
-
Musisz się wiele nauczyć Janice. Strzygi nie śpią. A tutaj, nie
zbyle powodu się znajdujemy. Jest tu bardzo ciemno. Nie dociera tu
światło słoneczne, jak już pewnie zauważyłaś.
-
Czyżby... robiła wam się krzywda od słońca ?
-
Brawo laluniu. - powiedziała z sarkazmem Shaunee – a teraz, jeśli
pozwolisz, udamy się gdzieś, gdzie wy nie będziecie nam
przeszkadzać. Wy w tym czasie coś ze sobą zróbcie. Najlepiej
pójdźcie po wasze rzeczy, przynieście je tutaj i tak dalej.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Rozdział I. Trzynaste urodziny.
Obudziłam
się dość wcześnie, jak na mnie. To znaczy o 10.00. Przypomniałam
sobie, że dziś jest 25 lipca, moje urodziny. Tata zawsze psuje moje
przyjęcia. Nieważne czy przy pomocy mojej siostry czy bez.
Poszłam
do garderoby.
-Znowu
to samo - pomyślałam - co ja mam na siebie założyć ?
Moja
garderoba ma powierzchnię 50m².
Wszędzie są wieszaki, więc trudno znaleźć coś dla siebie. Każdy
stojak zawiera ubrania o innym kolorze. Podeszłam do tego na którym
wiszą niebieskie. Wybór i tak był trudny, jednakże skoro to moje
urodziny, to musiałam się ubrać elegancko. Wybrałam więc
sukienkę bez ramiączek sięgającą moich kolan. Uwielbiam ją,
głównie ze względu na to,że jest mojej ulubionej barwy,morskiej
(Nie rozumiem dlaczego wisi między niebieskimi rzeczami, przecież
to dwa różne kolory !)
Wyszłam
z garderoby trzymając wieszak z sukienką. Wzięłam bieliznę, po
czym poszłam do mojej łazienki.
Weszłam
do wanny, która zmieściłaby 3 osoby. Kąpiel z bąbelkami zawsze
działała na mnie odprężająco, więc i tym razem pomogła.
Przestałam myśleć o wszystkim.
Po
godzinie, wyszłam z łazienki ubrana, czysta i uczesana. Niestety w
dniu moich urodzin muszę mieć na sobie diadem, więc musiałam
uczesać się w koka. Jakoś wytrzymałam, jednak przy związanych
włosach czuję się strasznie odkryta.
-
Beznadzieja - mruknęłam - mam tam wyjść prawda? - spytałam się
postaci w lustrze. Ona jednak nie chciała mi odpowiedzieć, co
zresztą mnie nie zdziwiło. - no to... wychodzę.
Jak
powiedziałam, tak zrobiłam. Otworzyłam drzwi mojej sypialni i
ruszyłam prosto do jadalni. Przecież nawet księżniczka musi coś
jeść. Przeszłam cały hol i znalazłam się w jadalni. Usiadłam
przy wielkim, dębowym stole, w czasie gdy kucharka przyniosła mi
śniadanie.
-
Dziś naleśniki dla panienki - powiedziała - życzę smacznego.
Obsługa
zawsze zapomina o moich urodzinach, dlatego też nie składają mi
nigdy życzeń. Jadłam powoli naleśniki, bo chciałam jak
najpóźniej wyjść do ogrodu.
Gdy
już zjadłam, wyszłam. W pewnym momencie usłyszałam głos kogoś
z obsługi, mówiącego :
-
Idzie.
Wiedziałam,
że jak tylko przekroczę próg domu usłyszę głośną muzykę.
-
Kiedyś muszę to zrobić - pomyślałam - więc czemu nie teraz ?
I
otworzyłam drzwi. Usłyszałam moją ulubioną muzykę graną z
każdej strony. Nawet nie zauważyłam, gdy podszedł do mnie ojciec.
-
Witaj Janice.
-Cześć
tato - odpowiedziałam. Wiedziałam, że zaraz przemówi do
wszystkich z naszego miasta, dlatego moje policzki zrobiły się
czerwone. Zawsze tak się ze mną dzieje, gdy jestem zdenerwowana.
-Janice
?
-Słucham
?
-Odpowiesz
na moje pytanie ?
-Jakie
pytanie ? Przepraszam, zamyśliłam się.
-Zapytałem
czy jesteś gotowa na moją przemowę ?
-Aaa...
tak. Zaczynaj, proszę.
Skinął
głową i stanął na podium.
-Drodzy
mieszkańcy Horspolis - zaczął - jak pewnie wiecie dziś są
urodziny mojej córki, Janice - rozległy się oklaski - ponieważ są
to jej 13 urodziny, musiałem podjąć bardzo ważną decyzję. Nie
będę wiecznie żył, muszę wybrać następczynie tronu. Będzie
nią nikt inny jak Janice !
Myślałam,
że zaraz eksploduję. Ja mam być przyszłą królową ?! Nagle
wszystko stało się rozmazane, a wkrótce nic nie widziałam
***
-Janice
! Janice ! - usłyszałam znajomy głos.
-Yhm...
? - mruknęłam sennie.
-Nic
ci nie jest ! Na szczęście - rozpoznałam w tym głosie Abiegail,
moją kuzynkę.
-Co
się stało Abbie ? - zapytałam. Zaczęłam się podnosić z mojego
łóżka na którym w tajemniczy sposób się znalazłam.
-
Zemdlałaś. Na szczęście byłaś nieprzytomna tylko przez pół
godziny - uścisnęła mnie - tak się cieszę, że nic ci się nie
stało.
-
Hmm no cóż ja też.
-
Rozmawiałam z twoim ojcem.
-
Jest bardzo źle ?
-
Jest bardzo dobrze ! Do czasu aż będziesz mogła usiąść na
tronie, jesteś pod moją opieką. Mam ci służyć radą,
pocieszeniem, ochroną i przyjaźnią oczywiście.
-
Czyli to nie był sen ?
-
Nie. Będziesz królową. Annabeth to się nie spodobało.
-
Jakby jej się cokolwiek podobało - przewróciłam oczami.
Uwielbiałam rozmawiać z Abbie, bo zawsze mogłam być wobec niej
szczera.
-
Janice ? Jesteś gotowa na nieprzyjemną wiadomość ?
-
Gadaj.
-
Muszę cię uczyć angielskiego.
-
Ojciec ci kazał prawda ? - spojrzała na mnie smutno. Mój ojciec
zawsze prosi o przysługi, ale sam nigdy nie pomaga.
-
Janice jestem pewna, że razem damy sobie radę.
-
Nie o to chodzi !
-
A o co ?
-
Chodzi o to, że... mam wrażenie, że mój ojciec coś przede mną
ukrywa.
-
Też mi się tak wydaje - nie dowierzałam własnym uszom. Abbie
zauważyła, że coś z nim nie tak ?
Nagle
usłyszałyśmy czyjeś wrzaski. Nie wychodziłyśmy z mojej
sypialni, bo nie byłyśmy pewne co się dzieje. Chwilę później,
Annabeth otworzyła drzwi od mojego pokoju, z takim hukiem, że echo
poszło na cały dom.
-
Dlaczego niby ty ?! - wrzasnęła.
-
O co ci chodzi Annabeth ? - zapytałam spokojnie, będąc wdzięczna
mojemu głosowi, że nie załamał się podczas tych słów.
-
Dlaczego to ty masz być królową ?!
-
Nasz ojciec tak zadecydował, nie miałam na to wpływu. - zaczęłam
bać się tego, co Annabeth knuje. Na szczęście z pomocą przyszła
mi Abbie.
-
Dziwisz się swojemu ojcu ? Annabeth, czemu nie zostaniesz królową
? Pomyśl. Bo jesteś samolubną jędzą.
-
Jak śmiesz ! - wrzasnęła Annabeth - Janice oddaj mi diadem, bo
inaczej !
-
Bo inaczej co, Annabeth ?! Nie pozwolę ci jej skrzywdzić ! - po
czym zrobiła coś czego kompletnie się nie spodziewałam po Abbie.
Kopnęła tak mocno moją siostrę, że aż zemdlała. Pomyślałam,
że to nie było możliwe.
-
Wow, Abbie. Zaczynam się ciebie bać. - powiedziałam oniemiała.
-
Jak nauczę cię kilku kopniaków będziesz ode mnie lepsza -
mrugnęła do mnie - a teraz szybko się pakuj. Musimy uciekać,
zanim nas ktoś znajdzie.
-
Cccooo ? Aaaale dlaczego ? Przecież...
-
Janice mamy mało czasu. Pakuj się i uciekamy stąd.
Spanikowana
pobiegłam do swojej garderoby. Wzięłam największą moją torbę i
spakowałam do niej mnóstwo ciuchów, bo nie spodziewałam się
wrócić do domu prędko. Spakowałam też kilka moich kart bankowych
i kredytowych, bo przecież Abbie musi mnie zabrać gdzieś, a chyba
tanio tam nie będzie.
-
Gotowa - odparłam.
-
To dobrze. Teraz musisz pokazać, że jesteś szybka. Biegnij za mną,
aż nie krzyknę JUŻ. - powiedziała Abbie i zaczęła biec.
Biegłam
zaraz za nią. Skończyłyśmy biec chyba po 10 minutach. Byłyśmy w
lesie, a ja, ledwo mogłam oddychać.
-
Już.
-
Co to za miejsce ?
-
Czy to ważne ? Jesteś tu bezpieczna. Na razie.
-
A co mi może zagrażać ?
-
Nie ważne. Możesz tu na mnie poczekać ? Jutro wrócę.
-
A gdzie idziesz ? I gdzie będę miała spać ?
-
Idę do zamku. Muszą myśleć, że sama uciekłaś. Masz - podała
mi śpiwór - zaraz sobie rozłożysz w namiocie. Ja go postawię.
To
ostatnie powiedziała po tym jak zaczęłam sięgać do worka z
namiotem.
-
Abbie jesteś taka kochana - dałam jej całusa w policzek - dlaczego
to robisz ?
-
Nie umiem ci tego wyjaśnić. Po prostu... jesteś moją małą
kuzynką.
-
A tam. To tylko 5 lat różnicy - machnęłam ręką - Ja wiem, że
coś jest na rzeczy.
-
Janice... musisz się położyć. Najbliższy tydzień będzie ciężki
dla ciebie - powiedziała, mi to z takim smutkiem, że aż zaczęłam
się zastanawiać co to może znaczyć.
-
Idziesz już ?
-
Niestety. Będę tu jutro, obiecuję.
-
No... dobrze. - powiedziałam lekko się jąkając - Do zobaczenia.
-
Do jutra, Janice.
I
poszła. Zostałam sama, w lesie. Nie rozumiem jak można spać w
namiocie. Przecież jest całkowicie niepraktyczny !
Co
się będzie teraz działo - pomyślałam - Przecież teraz całe
moje życie się zmieni.
***
-
Nienawidzę lasu - pomyślałam.
Ucieszyłam
się, że wzięłam mój zestaw wilgotnych chusteczek. Nie musiałam
być tak bardzo brudna. Wytarłam się wszędzie gdzie mogłam i
zaczęłam się przebierać.
Założyłam
na siebie czerwoną bluzkę i czarne, długie spodnie. Wiedziałam,
że to właśnie w tych ubraniach nikt mnie nie rozpozna. Popsikałam
się swoimi swoimi ulubionymi perfumami - pachną kokosami.
Nagle
usłyszałam szmer. Na początku pomyślałam, że to może Abbie
zmierza w moją stronę. Jednak zamiast zobaczyć śliczne, blond
włosy mojej kuzynki, ujrzałam kruczoczarne warkocze zbliżające
się w moją stronę z wielkim impetem. Już po chwili z krzaków,
wyłoniła się moja siostra, Annabeth.
-
Witaj siostrzyczko - powiedziała z ironią w głosie - jak miło
znowu cię widzieć.
-
Annabeth - zająknęłam się mówiąc jej imię - jak ty tu ... ? co
ty tu ... ?
-
Jak tu się dostałam ? Co tu robię ? To jest chyba oczywiste.
Jestem tu by się ciebie pozbyć. A dostać się tu nie było trudno.
Twoje perfumy czuć z bardzo daleka.
-
Annabeth, nie rób tego. Przecież... nawet jeśli to ja będę
królową, to ty będziesz mieszkać na zamku.
-
Ale mnie chodzi o to bym ja była królową, a ciebie nie było w
moim zamku !
-
Annabeth... - nie skończyłam nawet zdania, moja siostra kopnęła
mnie w brzuch. Wszystko zaczęło mi się rozmazywać. Zobaczyłam
uśmiech Annie, a potem już tylko ogarniała mnie ciemność.
***
-
Aaa ! - krzyczałam zanim jeszcze się obudziłam.
Myślałam
ciągle – to był tylko sen...- ale nie mogłam powstrzymać myśli,
że mogło to się zdarzyć. Żeby się przekonać musiałam spojrzeć
na brzuch. Nic się z nim nie stało. Nie było siniaków, blizn ani
krwiaków.
Ciągle
myślałam o tym, co teraz może robić Abbie. Spojrzałam na ekran
mojego telefonu na którym zobaczyłam, że jest dopiero 6.00. Pewnie
moja kuzynka spała, a ja nie chciałam jej przeszkadzać.
Nagle
w oddali zobaczyłam jasny kształt i usłyszałam śmiech. Bałam
się kto to może być i co tu robi. Wyszłam z namiotu i przez
przypadek nadepnęłam na gałązkę. Chichoty ucichły. Słyszałam
tylko, jak bije moje serce. Z miejsca w którym wcześniej była
huczna zabawa, zaczęły iść w moją stronę dwie postaci. Zaczęłam
się cofać, lecz tamci chodzili w nienaturalnie szybkim tempie. Nie
miałam szansy uciec.
Zbliżające
się postaci, zatrzymały się za krzakami nieopodal mojego namiotu.
Próbowałam przyjrzeć się im i jedyne co udało mi się
wywnioskować, to to, że był to jakiś chłopak i dziewczyna.
Usłyszałam
jak odezwała się dziewczyna:
-
Ty też to czujesz ? - zaczęła wąchać – to...
-
Heros – dokończył zdanie chłopak – ale jakiś taki...
niepewny, nie znający siebie.
-
To dlatego z daleka nie dało się go wyczuć. Chodź.
Znowu
zaczęli iść. Nie rozumiałam tego zdania o herosie,ale nie
sądziłam, że mogło tu chodzić o mnie. Niestety los był
odmiennego zdania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)